Dawno dawno temu....
St. Patrick's Day
huanming
Zgodnie z niepisaną tradycją, nie było mnie tu dłuższą chwilę.... Ale wiele sie działo, mnóstwo decyzji czekało na podjęcie, liczne okoliczności walczyły o pierwszeństwo, a ja grzecznie i cierpliwie (martwiąc się, kombinując i wychodząc z siebie) czekałam na to co z tego wszystkiego wyjedzie. I wciąż jestem w Chengdu. Pracuję oficjalnie (choć wciąż czekam na finalizację mojej wizy pracowniczej, ale to osobna historia), na pełny etat, z sympatyczną pensją i nadal moją pracę uwielbiam. Właśnie wprowadziłam się do nowego mieszkania (prawie). I po dłuuugiej przerwie mieszkam z ludzmi. I kotem. I codziennie jestem zafascynowana różnicą. Powoli dochodzę do siebie i zaczynam wierzyć w to co się dzieje, dzięki czemu mogę zacząć o tym pisać. Jest dobrze, mimo tego, że lato gdzieś sobie poszło i wcale nie chce wrócić, cykady zamilkły, ale za to już można poczuć zapach moich ukochanych prażonych kasztanów. I wszystko wskazuje na to, że Chengdu będzie moim domem jeszcze przez jakiś czas... :)
Teraz pozostaje mi opowiedzieć o niespodziewanych jedniodniowych wakacjach w Abu Dabi i darmowym urlopie w HongKongu. Ambitnie postanawiam wracać do regularniejszego pisania. Nie żeby dało się pisać mniej regularnie.... Dużo się tego wszystko uzbierało, spróbuję więc od początku, jednego z wielu.
W następnym odcinku - Bliski Wschód.

Politycznie
St. Patrick's Day
huanming
Dziś będzie politycznie. Od dłuższego czasu śledzę chińskie media i podziwiam PRowców Xi Jinpinga (习近平). Xi, którego obecny PR porównuje się do tego, który służy Obamie, kreuje się na "zwykłego" człowieka. Jednocześnie kluczowym punktem jego polityki wewnętrznej jest walka z korupcją i totalne ograniczenie wydawania publicznych pieniędzy przez urzędników. Nijak nie ma się jak do tego przyczepić, idea przecież jest przednia. Ale spójrzmy jak działa. Państwowe firmy mają odgórny zakaz wydawania pieniędzy na prezenty dla pracowników, takie jak na przykład ciasteczka księżycowe na Święto Środka Jesieni czy Zongzi (粽子- trójkąciki z ryżu kleistego z różonrakim nadzieniem, m.in. mięsnym, fasolkowym, ziarnowym, słonym, słodkim, etc., owijane w bambusowe liście i gotowane na parze. Mniam mniam....) z okazji Festiwalu Smoczych Łodzi. Oszczędność jest znaczna, bo np. takiego zwykłego pyszniutkiego zongzi na śniadanie możemy kupić sobie za 1 RMB, gdy tymczasem prezentowe kosztują ok. 200 RMB za 3 sztuki. Przemnóżcie sobie przez kilkudziesięciu pracowników. Urzędnicy mają również zakaz zapraszania gości na drogie kolacje. Co też jest logiczne, bo droga kolacja w luksusowej restauracji to wydatek od kilku do kilkudziesięciu tysięcy. I do tej pory pieniądze te były wydawane lekką ręką. Xi nie tylko mówi i zakazuje ale daje też dobry przykład, niedawno w wiadomościach można było przeczytać, ze zjadł obiad (sic!) i ten kosztował tylko 160 RMB. Jakby tego było mało dla PRowców to jeszcze poprosił kogoś ze swojego otoczenia żeby zapłacił, a nie zrobił tego sam. Dlaczego? Gdyby próbował zapłacić osobiście, żaden ale to absolutnie żaden chiński restaurator nie przyjął by od niego pieniędzy. Przecież to honor, przywilej i w ogóle, gościć takiego człowieka w swojej restauracji. Cała sytuacja została więc zaaranżowana tak aby właściciel stratny nie był i otrzymał należną mu zapłatę. 2 punkty dla Xi. Nie tylko jada tanio jak każdy ZWYCZAJNY Chińczyk ale też dba o to żeby nikt nie "ucierpiał" mając do czynienia z jego osobą.
Walka z korupcją i układami jest też doskonale widoczna w notorycznych wręcz artykułach mówiących o kolejnych wpływowych osobistościach (i mówiąc wpływowych, naprawdę mam na myśli wpływowych... połowa śmietanki europejskiej może się schować), które zostały aresztowane. Tu ujawnia się też specyfika chińskich mediów. Pojawia się informacja o tym, że ktoś został aresztowany, bez żadnych detali i dopiero po kilku, kilkunastu dniach (i wnikliwym śledztwie) dostajemy "resztę" informacji. Czasem aresztuje się kogoś mało ważnego ale powiązanego z Grubą Rybą. Dlaczego? Niektórzy są tak wpływowi, że nawet chińska władza potrzebuje niezbitych i twardych dowodów zanim przejdzie do docelowej osoby.... Wyobraźcie sobie więc te wpływy... Zarzucają więc sieć na wszystkie rybki dookoła, powiązane z tą właściwą. Xi nie daruje nikomu. Zajął się już biznesem naftowym (należącym do państwa), energetyką (która była jednym z najtwardszych "orzechów do zgryzienia"), a teraz robi porządki w telewizji (tego w mediach nie ma, wiem od dwójki moich uczniów którzy dla telewizji pracują). Przy takich wynikach i tak szeroko zakrojonej akcji poparcie dla Xi rośnie. Jest porównywany do "wielkich" przywódców. Uważany za twardego, zdecydowanego i co najważniejsze silnego. A to coś czego pragną wszyscy Chińczycy, silnego przywódcy.
Żeby tego było mało, Xi posiada konto na Weibo (taki chiński facebook czy inny instagram) i wrzuca tam prywatne zdjęcia. I oczywiście jest pierwszym przywódcą ChRL, który coś takiego robi. Zdobył tym wiele chińskich serc. No bo prziecież, jest jednym z nas!
Moglibyście pomyśleć, że lepszego PRu to już nie da się mieć... Otóż da się! A jak? Trzeba mieć żonę. Ale żonę nie byle jaką. Peng Liyuan  (彭丽媛), bardzo znana postać w Chinach, do mężowskiego PRu przyczyniła się...ubraniami. Powiedziałabym, że lepszego sposobu znaleźć nie mogła. Dlaczego? Bogacenie się Chińczyków i ich konsumpcyjny stosunek do wszystkiego zaowocował ogromną i nieposkromioną miłością do metek sławnych projektantów. Nie wiem czy w całym Chengdu znalazło by się wiele dziewczyn nie mających torebki z metką LV. Każda, ale to absolutnie każda, bogatsza Chinka kupuje tylko rzeczy od sławnych, zachodnich projektantów. A te ciut bogatsze latają kilka razy w roku na zakupy do Paryża i Mediolanu. I jak tu z nimi konkurować jak jest się Pierwszą Damą i nie chce się wyglądać na trwoniącą pieniądze kobietą? Peng postawiła na rodzimych projektantów. Wszystkie jej ubrania są projektowane i sprzedawane w Chinach. Nie, nie są tanie. Ale nie są tak sławne jak zachodni projektanci. I tym wygrała w Chinach absolutnie wszystko. Nie tylko nie podąża za "zachodnią - obcą" modą, nie tylko promuje lokalnych projektantów ale udowadnia, że chińscy projektanci w niczym nie ustępują zachodnim. Pokazuje, że są nie tylko tak samo dobrzy ale nawet lepsi. Bo przecież Pierwsza Dama nie może nosić niczego poniżej najlepszego. Jaki jest tego skutek? Po wielu latach "gonienia" zachodniego świata Chińczycy w końcu w jakiejś dziedzinie nie czują się gorsi, ba, dociera do nich, że są tak samo dobrzy (bądź w opinii wielu, nawet lepsi). Czegóż więcej oczekiwać od żony przywódcy Chin?
To wszystko sprawia, że Xi i Peng cieszą się ogromną popularnością, mają rosnące poparcie i nawet nie można się temu dziwić.
A teraz spójrzmy na drugą stronę medalu.... Jedna z najsławniejszych luksusowych restauracji w Chengdu właśnie ogłosiła upadłość i zlikwidowała swoją restaurację. O jednej słyszałam, a ile takich jest? Na pewno mnóstwo. Wiele hoteli, które do tej pory "żyło" z chińskich oficjeli i organizowanych przez nich spotkań/konferencji i innych takich ledwie wiąże koniec z końcem. Jest tylko kwestią czasu aż przestaną być w stanie funkcjonować. Ale to przecież biznes, różnie w nim bywa...
To nie wszystko. Xi odgórnie obniżył ceny 白酒, chińskiej wódy, której ceny w zależności od jakości, firmy i czasu leżakowania wahają się od kilkunastu RMB do kilku- kilkudziesięciu tysięcy RMB. Przemysł bimbrowniczy zaczyna więc przeżywać bardzo poważny kryzys. Ale powiedzielibyście, to wciąż biznes....
Wróćmy więc do ludzi. Zgodnie z oficjalnymi statystykami (zapewne bardzo zaniżonymi) w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy około tysiąca chińskich urzędników zmarło z przyczyn dalekich od naturalnych. Pierwszą i najpopularniejszą przyczyną zbierającą krwawe żniwo są samobójstwa. Samobójstwa dobrowolne bądź nie, ciężko powiedzieć. Czystki prowadzone przez Xi mają na to ogromny wpływ. Wielu niższych rangą urzędników i polityków zamieszanych w nie do końca legalną działalność wybiera taką drogę ucieczki. Ratując tym samym własną reputację i zapewniając pewien spokój swoim rodzinom. I zostawiając je bez potężnych wrogów... Drugą co do ilości przyczyną zejścia jest przepicie. Ja nie widzę tego inaczej jak innego sposobu na "radzenie" sobie z problemami i "przyjemniejszy" sposób pożegnania się z tym światem.
A teraz spójrzmy jak daleko w życie prywatne sięgają nowe zasady wprowadzone przez Xi... Wielu urzędników wykorzystywało śluby swoich dzieci jako okazję do wzmocnienia własnych znajomości, a także niemożliwy do wyśledzenia sposób na przyjmowanie łapówek. No bo przecież każdy gość przynosi ze sobą Czerwoną Kopertę. A to do czyjej kieszeni ona trafi to już inna sprawa.... Sławne wręcz były śluby dzieci oficjeli organizowane dla tysiąca bądź większej ilości gości. I jak temu zaradzić? Xi wprowadził zasadę, że wesele w rodzinie urzedników nie może być większe niż 20 stolików (na każdy stolik przypada między 10 a 12 osób, czyli impreza nie może przekraczać ok. 200 gości. Co w teorii powinno załatwić rodzinę i przyjaciół i nie zostawić już miejsca na "znajomych" rodziców. Ale Chińczycy sprytni są i niedługo po wprowadzeniu tej zasady jeden cwany inaczej urzędnik urządził 3dniowy ślub. Zorganizował 3 imprezy, każdą na 20 stolików. Niestety dla niego jego sprytny plan został zauważony przez czujne media. Nie wróżę mu świetlanej przyszłości... W ogóle mu nie wróżę przyszłości. Jakiś czas później wprowadzono zakaz przyjmowania przez rodziców ślubnych kopert w imieniu dzieci. Nie wydaje mi się aby było możliwe sprawdzanie i kontrolowanie tego. Ale zakaz jest. Aż boję się pomyśleć co będzie następne.
Sytuacja jest o tyle skomplikowana, że 关系<guanxi> (przetłumaczmy je jako "znajomości" choć tak naprawdę są czymś o wiele bardziejszym) są głęboko zakorzenione w chińskiej kulturze i walka z nimi jest walką z podstawami funkcjonowania chińskiego społeczeństwa. Do tego Xi zabiera się za milion rzeczy na raz i chce zrobić wszystko w tym samym czasie, a to nigdy się nie sprawdza.... Interesującym więc będzie obserwowanie tego co będzie dalej.

Nie wiem czy dobrnęliście do końca, jeżeli tak to obiecuję następnym razem napisać o czymś o wiele przyjemniejszym. Na przykład o jedzeniu ;)

Dedykowany
St. Patrick&#39;s Day
huanming
Coś się zepsuło było i nie mogłam dostać się do mojego czasozżeracza onlinowego. Jako, ze w soboty padam z reguły na pysk to machnęłam ręką i doszłam do wniosku, że może samo się naprawi. Ale się nie naprawiło. Więc dziś zasiadłam i wykorzystując moją wątpliwą wiedzę informatyczną wzięłam się za naprawianie. Choć powinnam raczej powiedzieć "naprawianie". Po zrobieniu wszystkiego co przyszło mi do głowy postanowiłam odpalić proxy, które ostatnio odmawiało (jakiś rok) posłuszeństwa, (a że za FB i YT nie tęsknię fanatycznie to wcześniej nie próbowałam reanimować) i które po mojej solidnej dawce perswazji zadziałało. I z zaplanowanego, produktywnego dnia zrobił się dzień z blogiem Baieczki. (Dla tych co jeszcze nie znają adres - http://baixiaotai.blogspot.com). Pomijając wspaniałość bloga, plastyczność opisów i szeroki wachlarz tematyczny, teksty podparte intensywnymi poszukiwaniami informacji o, niesamowicie się go czyta. A że nie miałam proxy, to i zaległości blogowe miałam spore. I tak minęło mi parę ładnych godzin. I tak sobie teraz siedzę i myślę. Kunming jest zajebisty. Yunnan jest zajebisty. Chińskie jedzenie jest zajebiste. I Baieczny blog jest zajebisty.
Więc jak kiedyś zatęsknicie za świetną lekturą okołochińską, albo poddacie się oczekując na jakieś sichuańskie wpisy to nie ma lepszego miejsca.
Ludzi z gatunku żarłoków ostrzegam lojalnie, załużcie śliniaki i przykryjcie klawiaturę czymś wodoodpornym. Jest tam sporo jedzenia, o jedzeniu i jedzeniowych zdjęć. Na samą myśl się zaśliniam.
I tęslnię za Kunmingiem...

Weekendy
St. Patrick&#39;s Day
huanming
"Jak Ci minął weekend? -Żle... Co się stało? - Nie chcę o tym mówić. - No co ty, znowu pracowałeś w sobotę i w niedzielę? - Też, ale do tego jestem przyzwyczajony. - No to czemu źle? - A, byłem na kilku randkach w ciemno. - I aż tak źle było? - Tak. Idę, za każdym razem zadaję te same pytania, a te dziewczyny nawet nie próbują być interesujące. W dodatku przyjechała moja matka. - Jak długo zostaje? -....nie wiem.... - No ale przecież pracujesz od rana do wieczora i widujesz ją tylko chwilami, nie może być aż tak źle. - Jest. Cały czas mnie wypytuje czy mam już dziewczynę, dlaczego nie, kiedy zamierzam się ożenić i dlaczego jeszcze tego nie zrobiłem. Jest to nawet gorsze niż w Nowy Rok kiedy pojechałem do domu. Wtedy przynajmniej mogłem powiedzieć, że muszę wcześniej wrócić do Chengdu i się stamtąd urwać po 3 dniach zamiast po 7. - To skoro jest to takie okropne, to czemu nie przestaniesz dać się wysyłać na te randki? - A jakie mam wyjście? Przecież nie dadzą mi spokoju jeżeli się w tym roku nie ożenię. Nienawidzę tego"

"A Tobie jak minął weekend? - W pracy byłem. - I w sobotę i w niedzielę? - Tak. - No to zupełnie nie odpocząłeś. - Nieprawda. W pracy byłem do południa, a po południu odpoczywałem. - A nie jesteś zmęczony 7 dniowym tygodniem pracy? - Przywykłem już. - A co na to Twoja żona? - Narzeka, i mówi, że powinienem spędzać więcej czasu z rodziną. - Nie myślałeś czasem o tym, że ma trochę racji? - W zasadzie to nie. Odkąd pracuję zawsze tak robiłem i widzę efekty takiego podejścia. Jest to dla mnie dobre. Wszyscy widzą, że ciężko i dużo pracuję więc mam z tego same korzyści. Przecież jestem odpowiedzialny za moją rodzinę i muszę bardzo ciężko pracować żeby odpowiednio o nich dbać."

"Jak Ci minął weekend? - Byłam w pracy. - Czemu? - Wiesz, tak jest łatwiej. Gdybym spędziła cały weekend w domu to musiałabym się opiekować moim synem, a to okropnie męczące. Wolę być tutaj. - No to czemu nigdzie nie wyjdziesz? Taka piękna pogoda była. - Bo wiesz, jeżeli chce gdzieś wyjść to muszę zabrać ze sobą syna, męża i jego rodziców. Nie mogę wyjść sama. W końcu oni też ciężko pracują cały tydzień zajmując się moim dzieckiem i domem i nie mogę im kazać tego robić jeżeli nie jestem w pracy. A beze mnie to oni nigdzie nie wyjdą. Boją się, że się zgubią i jak im tłumaczę, że zawsze mogą wziąć taksówkę do domu to tłumaczą mi, że to marnotrawienie pieniędzy. A jak w weekend chcę ich zabrać na dobrą kolację w ramach wdzięczności za ich pomoc no i żeby nie musieli gotować, bo to też wysiłek, to się oburzają, że nie jestem oszczędna i po co wydawać pieniądze na restauracje skoro można samemu ugotować. - To co niby powinnaś robić z pieniędzmi? - Jak to co, według nich powinnam wszystko co zarabiam składać i oddać mojemu synowi.... WIęc wiesz, zamiast wysłuchiwać tego wszystkiego i się z tym zmagać wolę przyjść do pracy i posiedzieć w spokoju...."

"Jak Ci minął weekend? - Byłem na wycieczce z rodziną. - Fantastycznie, dobrze się bawiłeś? - Tak, ale wiesz, teraz mam wyrzuty sumienia... - Dlaczego? - Bo wszyscy moi koledzy byli tu w pracy, a ja nie. I czuję się z tym źle, bo skoro oni przyszli to ja też powinienem. A zamiast tego odpoczywałem... To nie jest w porządku. Ale moja córka tak bardzo się cieszy jak spędzamy czas razem..."

"Co robiłeś w weekend? - Byłem w pracy. - Miałeś coś pilnego do zrobienia? - Nie. - To po co przyszedłeś? Przecież nie płacą wam za nadgodziny. - Nie mam w domu co robić. Niedawno się tu przeprowadziłem. Nie wiem gdzie mógłbym pójść, a nawet jak miałbym gdzie to przecież sam nie pójdę. Więc przyszedłem tutaj, posiedziałem sobie w necie, pooglądałem filmy, porobiłem dobre wrażenie i poszedłem do domy. - To może znajdź sobie jakieś hobby? - No ale jakie?"

"Co robiłeś w weekend? - W pracy byłem. - Pilny projekt? - Nie, ale nie mogłem nie przyjść. - Dlaczego? - Bo wszyscy byli. A ja tu pracuję od niedawna i gdybym nie przyszedł to wszyscy by zauważyli i wyszłoby na to, że jestem złym pracownikiem, który się nie stara i któremu nie zależy. - No ale przecież nie miałeś tu co robić. - No tak, ale byłem. To się liczy. Nie ma żadnego znaczenia czy mam co robić czy nie"

"Jak weekend? - Spędziłam z rodziną i moją córeczką. - Miło usłyszeć, że ktoś nie pracował. - Wiesz, ja nigdy nie pracuję w weekendy. Swoją pracę kończę w tygodniu o czasie, za nadgodziny nam nie płacą więc wolę ten czas spędzić z rodziną bo w tygodniu nie mamy aż tak dużo czasu dla siebie. - Widzę, że masz zupełnie inne podejście niż wszyscy. - Tak. Ale za takie podejście nie mogę nigdy liczyć na żaden awans ani nawet najmniejszą podwyżkę. Do tego szefostwo uważa mnie za złego pracownika pomimo, że swoją pracę wykonuję bardzo dobrze i zawsze na czas.... Ale nie obchodzi mnie to. Nie będę poświęcać czasu z rodziną tylko po to żeby ktoś docenił moją pracę, którą tak czy siak zawsze mam zrobioną dobrze..."

Swaty
St. Patrick&#39;s Day
huanming
Poprzednio pisałam, że w Kunmingu poza żmijkowaniem na słońcu, pochłanianiem pyszności, złapaniem przeziębienia, byłam również swatana. Zeswatać postanowiła mnie teściowa Bajeczki, która doszła do wniosku, że skoro jej synowa to rodzina, ja jestem przyjaciółką jej synowej to i naturalną koleją rzeczy też jestem rodziną. W związku z tym bez sensu żebym się tak marnowała bezmężowo i skoro Kunming lubię i mi się podoba to można mnie zeswatać w Kunmingu co by dać mi dodatkowy powód do przeprowadzki i przecież, że oczywiście to doskonały pomysł. Po takim wyjaśnieniu chyba każdy z moich argumentów zostałby obalony więc uśmiechnęłam się, uprzejmie przytaknęłam i nie zaprotestowałam. Szczególnie, że mój wewnętrzny empiryk umierał z ciekawości i chęci zobaczenia co będzie dalej. A dalej był telefon do jej syna, że w zasadzie kogoś dla mnie ma i czy mamy wolne popołudnie. W związku z tym, że mnie nikt o zdanie nie pytał to zostaliśmy niezobowiązująco zaproszeni na herbatę w większym gronie. Bardzo większym gronie, co by nikt nie czuł się do niczego przymuszny ani skrępowany. Przynajmniej w teorii. Do większego grona zaliczyć trzeba mnie, Bajeczkę z mężem, jej teściów, siostrę jej teściowej, córkę siostry teściowej, syna córki siostry teściowej, któremu to chciano mnie przedstawić, jego kolegę i jeszcze co najmniej 5 osób, których powiązanie z rodziną jakoś mi umknęło. Jak więc widać, grono duże. W związku z tym, że było to moje pierwsze oficjalne swatanie nie do końca wiedziałam czego się spodziewać. W Chinach większość ludzi poznaje swoich małżonków na dwa sposoby. Albo spotykają ich w trakcie swojej edukacji, w szkole, na uniwerku, etc. Albo ktoś kogo znają przedstawia im kogoś kogo uważa za osobę potencjalnie odpowiednią. Do tej pory znałam tylko teorię, teraz poznałam również praktykę. I pomimo otwarcia na nowe doświadczenia nie spodziewałam się tej masy mieszanych uczuć które towarzyszyły mi po drodze. No bo jak to tak, i po co, i może ja do domu wrócę, przecież to ja tak naprawdę wcale nie chce tak iść. Na powrót do domu mi nie pozwolono. Teraz przynajmniej wiem jak się czują Ci wszyscy Chińczycy idący na "randkę w ciemno". Za to przebieg niezobowiązującej herbatki był cakiem sympatyczny. Z równie niezainteresowanym chłopcem zamieniłam może z 5 zdań, za to porozmawiałam sobie z teściową Bajeczki i jej siostrą, popiłam pysznej herbatki, a potem radośnie poszliśmy na obiad. I to najbardziej godna opisania część całego popołudnia. Co prawda restauracja była mocno taka sobie, udało im się nawet zepsuć moją ukochaną potrawę, za to odkryłyśmy sałatkę ze złocienia (taki kwiatek z astrowatych). Na samą myśl się ślinię... Oczywiście po zrobieniu tej samej sałatki w domu przez Bajeczkę okazało się, że jest jeszcze pyszniejsza, ale to nie jest ani odrobinę dziwne. A sałatka ze złocienia by Bai wygląda tak:

zlocien

Jest w niej świeża cebula, świeża ostra papryczka, sok z limonki i czosneczek. Palce lizać, i pałeczki i talerz.... Na kolacji były też ostre grzyby mu er na zimno, kurczak na ostro, faszerowana mięsem papryka, doufu, korzenie lotosu, jajecznica z jaśminem, jajko wyglądające jak doufu (Bajeczko, czy już wiemy jak się to robi?) i moje kochane smażone robaki bambusowe i larwy szerszenia.
20140202_180442

20140202_180524

20140202_180724

20140202_180955

20140202_180734

20140202_180501

Po kolacji było więcej herbatki, a potem wróciliśmy do domu. Naiwna ja myślałam, że swoje już zrobiłam w kwestii bycia swataną i moja przygoda na tym się skończy. Gdy następnym razem spotkałam się z Bajeczną teściową podsumowała spotkanie tym, że cłopiec najwyraźniej jest dla mnie za młody i za mało przystojny. I że koniecznie trzeba znaleźć mi kogoś bardziej przystojnego. Ze smutkiem powiedziała, że ma w rodzinie jeszcze jednego godnego kandydata ale ten niestety mieszka w Xinjiangu i że to okropna szkoda bo byłby odpowiedni. I tak zakończył się temat swatów. A przynajmniej do dziś tak mi się wydawało. Z błędu wyprowadził mnie poranny telefon. Otóż, Bajeczna teściowa poszła do Świątyni Konfucjusza pośpiewać sobie operę pekińską. Swoich współoperzystów poczęstowała (pewnie jak zawsze) opowieściami o swojej cudownej zagranicznej synowej i dowiedziała się, że ktoś zna kogoś kto od dawna chciał mieć białą dziewczynę (bo Chinki są głupie) i została zapytana skąd się je bierze i gdzie taką można sobie znaleźć. I wtedy sobie przypomniała o mnie, że przecież byłabym idealna. O czym oczywiście nie omieszkała wszystkich poinformować. W ramach ciekawostek, jak wygląda opis takie potencjalnego kandydata przekazywany do osób "zainteresowanych": wysoki (1.80), fotograf, lat 31. I teraz tak naprawdę ciekawi mnie co zostało przekazane w drugą stronę (biała, niewysoka, mówi po chińsku, uczy angielskiego i ma "tylko" lat 28?). A dzwoniono do mnie żeby zapytać czy można przekazać dalej mojego WeChata. No bo przecież jakoś powinniśmy się poznać skoro jestem w Chengdu i nie da się ze mną spotkać osobiście dopóki nie zawitam ponownie do Kunmingu.
Ciekawe co będzie następne....

?

Log in

No account? Create an account